Elżbieta Walczak “Redaktorzy” – fragment opowiadania

ela2

– Był zamach! – krzyczała naczelna na korytarzu.

Nie jadłam od dwóch dni normalnego posiłku, bo uganiałam się za kolejnym celebrytą, któremu urodziło się kolejne dziecko.

– Buła w rękę i do samochodu. Głucha jesteś? Był zamach!

– Skąd wiesz, że zamach? – Wiedziałam, co robię. Miałam jej dosyć, jak każdy. Żądała faktów, których nikt nie znał, dlatego  opowieści wyssane z palca miały najwyższa cenę. Siedziałam i kończyłam śniadanie.

 

REDAKTORZY

– Wezwałam panią do siebie, bo mam pewne wątpliwości.

Była ubrana jak zwykle w granatową garsonkę i białą męską koszulę, z postawionym kołnierzem. Wyglądała na więcej lat niż miała w rzeczywistości.

– Współpraca z panią, to istna udręka. Jest pani apodyktyczna, zaborcza, można wymieniać bez końca.

Patrzyłam jej w oczy i wiedziałam, że kłamie, że wcale tak nie myśli. Czytała te wszystkie motywacyjne książki, więc wiedziała, że reguła „Pochwal, opierdol, pochwal” – działa. Robiła to specjalnie, żeby rozwalić każdego rozmówcę na dzień dobry.

– Ostatni artykuł o żonie prezydenta jest do dupy. Zbliżamy się do wyborów. Wszyscy wiemy, że on wygra. Pani nie? – spojrzała w okno, za którym wrony zerwały się do lotu z takim wrzaskiem, jakby czuły jej obecność.

– Tak, chyba wygra – delikatnie zacisnęłam zęby, żeby nie zdradzać swoich emocji.

– Mówi pani tak, jakby nie była pewna. Ma wygrać.

– Rozumiem.

– Co według pani oznacza słowo fikcja?

Pytanie było proste, za proste. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Wiedza, którą miałam na jej temat była konkretna, poparta faktami, zdjęciami i materiałami filmowym. Była kochanką przyszłego prezydenta.

– Sugeruje pani, że tego nie wiem, że nie wiem czym jest fikcja? – zapytałam ze wściekłością psa, który ma ochotę zaatakować bez ostrzeżenia.

– Żona przyszłego prezydenta ma problemy.

Kiedy to powiedziała czułam, że wydarzy się coś złego.

– Nie chcę być niegrzeczna, ale po co mi pani to mówi. Nie mam ochoty na problemy, a pani z pewnością je teraz tworzy.

– Droga Joasiu. Możemy mówić sobie po imieniu? – przysunęła krzesło, stosując jakieś bzdurne chwyty marketingowe, typu mowa ciała.

Ciało miała atrakcyjne, jak każdy w tej redakcji. Zarabialiśmy mnóstwo kasy, za fikcję jaką tworzyliśmy, dlatego stać nas było na botoksy.

– Tak, jeśli odpowie mi pani szczerze na moje pytanie. – Mowa ciała działa również w moim wykonaniu. Uśmiechnęłam się do niej, dotykając jej dłoni.

– Szczerze? Nie mogę, ale chcę ci coś zaproponować.

 

Nie mogłam zasnąć. Wstałam, żeby wziąć kolejną tabletkę na sen. Chodziłam po pokoju zastanawiając się, czy nie będzie lepiej jeśli poinformuję kogoś o tej rozmowie. Nie przyjaźniłam się z nikim. Od jakiegoś czasu sypiałam z redaktorem naczelnym innej gazety. Był jedyną osobą, której ufałam. Trzęsły mi się ręce, kiedy sięgnęłam po telefon. Nie miałam zamiaru wdawać się w szczegóły, chociaż wiedział o mnie wszystko. Chciałam tylko poczuć się kobietą utuloną do snu czułymi wyznaniami po ciężkim dniu.

– Mogłabyś w końcu zmienić pracę – usłyszałam. – Jeśli tego nie zrobisz, daję ci pięć lat, a potem już żaden terapeuta cię nie pozbiera.

– Proszę, przyjedź.

– Nie dam rady.

Wzięłam chyba już czwartą tabletkę. Obudziłam się w środku nocy, której nigdy nie zapomnę. Od kilku godzin nie widziałam swojego psa. Właśnie to sobie uświadomiłam.

– Bury!

Nie miałam siły krzyczeć, bo coś zaciskało mi gardło. Odwróciłam głowę w stronę okna, padał śnieg. Jutro Wigilia. Ktoś grał na ulicy na trąbce „Wonderful world” Armstronga. Sięgnęłam ręką po szklankę z wodą. Byłam pewna, że ją postawiłam na stoliku przy łóżku. Dotknęłam czegoś, co przypominało ramkę ze zdjęciem, wcześniej tam tego nie było. Zapaliłam lampkę. W tym właśnie momencie muzyka za oknem ucichła. Odruchowo położyłam zdjęcie na swojej twarzy. Podniosłam je z powrotem do góry, bo poczułam dziwną ciecz i zapach moczu swojego psa, który doskonale znałam. Odruch wymiotny był jedyną reakcją na to, co zobaczyłam i poczułam. Siedział przywiązany do słupa na torach, a z dala widać było nadjeżdżający pociąg.

– Bury! – zwymiotowałam, trzymając się poręczy łóżka wysmarowanej krwią.

Zdjęcie cały czas leżało na podłodze. Pies miał przywiązany do szyi aparat fotograficzny, którym robiłam fotki naczelnej na Maderze. Nie byłam w stanie się ruszyć. Ktoś złapał mnie za włosy i szarpnął do góry.

– Witaj skarbie.

Zamaskowany mężczyzna postawił mnie na ziemi.

– W zasadzie ty powinnaś stać na tych torach – związał mi ręce i pchnął na łóżko. – Pewnie jesteś zaskoczona – szeptał mi te słowa do ucha, zaciskając moje dłonie. – Zanim postanowimy oboje co dalej, poznamy się bliżej.

Moje oczy wpatrywały się w niego. Jego ręce dotykały teraz mojego policzka.

– Co tam pani redaktor? Strach? To dziwne uczucie zwłaszcza, kiedy człowiekowi się wydaje, że go w sobie nie ma. Ma, każdy ma. Mam rację? – związywał moje nogi. – Powiążemy ze sobą kilka faktów – roześmiał się szyderczo i uderzył mnie w twarz. –  Mam nadzieję, że będzie miło. Spotkaliśmy się dzisiaj na prośbę kogoś wyjątkowego, dlatego przyjąłem tę propozycję. W innym przypadku strzeliłbym ci w łeb za te same pieniądze, bez marnowania czasu. Jutro Wigilia – przystawił krzesło do łóżka i usiadł na nim. – Dlatego im szybciej się wszystkiego dowiem, tym lepiej.

Nie wiem, czy się bałam. Wiedziałam, że chodzi o naczelną i o to, że odkryłam jej tajemnicę.

– Umówmy się tak; ja zadaję pytania, ty bez zmrużenia okiem odpowiadasz na każde. Jeśli wyczuję kłamstwo odbiję ci parę plomb, a potem zarżnę i wystawię twoje ścierwo za okno, żebym miał dla kogo grać. Jest godzina dwudziesta trzecia dziesięć. O pełnej chcę mieć to z głowy. Rozumiemy się?

Było mnie stać wyłącznie na skinienie głową.

– W takim razie zaczynamy. – Wyjął z torby kamerę i postawił ją przed sobą. – Jeśli pozwolisz, to od samego początku.  I postaraj się uśmiechać, będziesz w telewizji.

nienasycenie premiera

Advertisements

Nie odchodź kiedy chcę powiedzieć KOCHAM

ela69

***

nie odchodź

kiedy chcę powiedzieć

kocham

rozmowa z tobą zajmie chwilę

nie odwracaj wzroku

bo powiedziałam ko…

a to tylko mini chwila

 

wiem

że uciekniesz

nie dotrwasz do końca

więc zacznę od końca

mahcok

bardziej niż kiedykolwiek

 

miłość prześwituje

tylko przez słowa

jeśli przed nią uciekasz, to jest:

okaleczona

naderwana

dziwnie mała

i niegodna podziwu

 

ta, której nie chcesz dostrzec

Ela tomik “Życiorysy”

 

Zaznaczę na planie przejścia i ślepe ściany…(Elżbieta Walczak wiersz z tomiku, który powstaje “Krótkie scenariusze o życiu”)

 

 

***

zaznaczę na planie przejścia i ślepe ściany

zostawię znaki – twoje inicjały

byś mógł wiedzieć, gdzie byłam

będę pisać sercem, małymi szkiełkami

abyś mnie długo nie szukał

 

jeśli usłyszysz szum fal i morskiej piany

tam właśnie jest czekanie

wszystkie zapisane znaki, będą zaczynać się

od tej samej litery : Mon, Man…

aż zapiszą się w całą księgę, którą ozdobię

miniaturami określeń, obrazów i westchnień

tylko ty je odczytasz, więc patrz uważnie

Mulier – miscere – Man

wiem, że zrozumiesz

wszystko jest zapisane między słowami

ela59

https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/?ref=bookmarks

#przesłanie od Fridy

*przesłanie od Fridy*

powstrzymam się dziś od okrzyków zachwytu

żeby przez łzy nie stracić rzeczy ostatecznych

fałszywe autorytety czasami warto ośmieszyć

warto również żeby malarz malował prawdę

skoro już jest powiązany sprytnym planem

ze światem

 

nie chcę wiedzieć nic o uczciwości tych

którzy budzą odrazę ani uprzedzać wydarzeń

kiedy dusza pod wpływem silnego gniewu

działa w nieładzie ani malować miłości

na podstawie książek i cudzych doświadczeń

 

do śmiechu używam serca do ośmieszenia

słownych zabaw i igraszek by poczuć ulgę

i pokazać władzę tym którym się wydaje

że znają prawdę o tobie o mnie o tamtej

żarliwej miłości która podobno się unosi

albo rozpadając płonie i trzeszczy

 

ratuję się jak każdy wizjami że istnieje

szperaniem między stołami – słuchaniem

nie wiem co powinnam myśleć gdy ustaje

gdybym mogła zaświadczyć swoją wiarę

w nią

byłabym gotowa na bycie fałszywym autorytetem

Wasza Frida

https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/

Życiorysy

*mistrzunio*

*mistrzunio*

milczy

chociaż wie co powinien zrobić

ale

nie jest pewien czy zdoła znieść brak

po tym

co zostało reaguje znudzeniem

coś

ujmującego jest w tym zapachu strachu

i obrzydzenia

 

gwiżdże na życie i na własne życzenie

opowiada o nim śmieszne anegdoty

w teatrach i w salach pełnych kobiet

czekających na znak i  na rechot

wzbudza w nich szczególny zapał

dziękuje zawsze skinieniem głowy

odkrywając w sobie niedobór seksu

 

wsparcie dostaje się  tylko  w niedzielę

 

mistrz  ma poczucie winy

bo wydłużył sobie za oszczędności

coś

z czego pożytku jest niewiele

kobiety wolały go w tamtym ciele

w tym nie pozostał sobą

był już piękniejszym łabędziem

z długą szyją i twarzą tak gładką

że dało się w niej zobaczyć  wszystko

oszustwo napędzane chęcią zysku

miłość wspieraną sztuczną inteligencją

i w końcu porażkę

bo operacja się nie udała

 

widać to kiedy przemawia z bliska

i w teatralnej sali  nawet w siódmym rzędzie

ci  którzy siedzą dalej nie mają szans

na zobaczenie prawdy w oczach

mistrza asertywności

Elżbieta Walczak “Krótkie scenariusze o życiu” tomik, który powstaje

https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/?ref=bookmarks

ela56

Książka “Enamorada” rozpoczyna cykl powieści Elżbiety Walczak. “Zakochana brzmi jak enamorada”, to druga odsłona cyklu.

 

ODCINEK

„Czas na zmiany”

Denerwują mnie poranki, oczywiście odkąd nie pracuję. Wcześniej było inaczej. Wspólne śniadania, przy których wymienialiśmy nasze poglądy, byliśmy wtedy tacy uroczy. Dziś, po obejrzeniu w samotności brazylijskiego serialu o szóstej rano, mam ochotę wyłącznie na niespełnioną miłość, kłótnie i awantury. To wciąga, jak serial. Odbywam właśnie codzienny rytuał stawiania pasjansa, żeby sprawdzić, czy ktoś dzisiaj w końcu zadzwoni, żeby zaoferować mi cudowną pracę. Dzwonią tylko akwizytorzy kosmetyków, ale nie wydam bezsensownie pieniędzy na kolejny żel, bo ich nie mam. Ma je już tylko Mateusz.

– Znowu stawiasz pasjanse Ela? Popraw mi krawat. Mam spotkanie z zarządem. Spóźnię się.

– Zarząd ma jakieś imię? – spytałam swojego męża.

– Foch? Znowu? – zaczesywał przed lustrem nażelowany pióropusz i czyścił paluchem zęby. Ohyda.

– Kiedy wrócisz Mati? – nie odrywałam wzroku od kart, bo nie dało się patrzeć na ten poranny cyrk.

– Nie wiem, jak się przedłuży, to dam ci znak.

Tak bym chciała, żeby ktoś w końcu zadzwonił.

– Jak się wydłuży, to też daj znak – podniosłam wzrok i widziałam, że jest zmieszany.

– Ela, proszę cię. Te twoje żarciki już mi się przejadły.

 

Mateusz codziennie rano odbywał ten sam rytuał. Błękitna koszula, żel na włosy i kretyński czerwony krawat. Zawsze się spieszył. Po prostu petarda: szafa, lustro, toaletka, żel, teczka, kurteczka i już go nie było. Prawie, bo zatrzymał się w drzwiach i wrócił do lustra.

– Zrób dzisiaj paellę. Albo nie, same krewetki zrób. Lustro przetrzyj, bo zniekształca. Żelu zabrakło. Zadzwonię do Kwiatkowskiej.

Kwiatkowska, to nasza sąsiadka. Dystrybutor kosmetyków.

– Po co mi o tym mówisz? – spytałam i wypięłam pupkę w jego stronę. Nie zauważył, przeleciał koło mnie, a już myślałam, że coś się ruszy tego poranka.

– Czas… Czas mnie goni. Ostro i do przodu! Jak się prezentuję? Hę? Dam im dzisiaj popalić. Nie siedź godzinami przy tym komputerze i zostaw te karty. Miłego dnia.

 

Wyszedł. Od pół roku życzy mi miłego dnia! Czasami mówię do siebie. Mój monolog wewnętrzny, który się musi uzewnętrznić jakoś. Podniosłam żel, żeby sprawdzić faktyczną zawartość i monologowałam:

„Urocze. Kosmetyki Kwiatkowskiej. Wiem do czego pijesz, Mateuszu. Dystrybutora chce ze mnie zrobić. Kretyn. Witam, doniosłam panu pachnidła na lata całe. Polecam. Donia Ela”.

Spojrzałam na siebie w lustro i stwierdziłam, że faktycznie  zniekształca.

Biodra jakby szersze, znalazłam dwa włosy na brodzie, nową zmarszczkę i nowy pieprzyk na czole.

„Ja pitolę był wcześniej czy nie? Czegoś ci brakuje Elu. Żelu? Miłości? Radości?” – spojrzałam w lustro, a z tyłu, za mną, stał wielki hiszpański kok we włosach.

Carmen moja służąca z Bzowa zawsze pojawia się cicho, bezszelestnie. Najpierw obserwuje przez dziurkę od klucza, co się dzieje. Potem  pojawia się, stoi, patrzy i czeka.

– Carmen weszłaś tak cichutko. Nawet nie szurasz kapciami. Brawo. Co tam?

– Przyniosłam korespondencję dla pana Mateusza – dygnęła. Nie bardzo wiem po co.

Carmen, jak już wspomniałam pochodziła z Bzowa. W kartonowym pudełku przywiozła ze sobą trzy sukienki z falbanami w kolorze czerwieni, tylko w różnych odcieniach. W sztucznych pazurkach trzymała listy.

– Połóż proszę. Ładnie wyglądasz. – Delikatnie wyjęłam z jej szczupłych dłoni listy, skierowane do Mateusza.

– Dziękuję.

– Pięknie… Naprawdę! – mam nadzieję, że nie wierzyła w to co mówię, bo codziennie wyglądała identyko.

– Pani śniadanie… – ten piszczący głos drażnił mnie coraz bardziej.

– Postaw – ugryzłam rogalika, który od razu skojarzył mi się z zapomnianą, męska częścią ciała i poczułam się lepiej.

– Jak ci się Carmen układa z mężem? – pytałam, bo coś trzeba było mówić.

– Zmienił się – odpowiedziała nieśmiało.

– Postarzał się? – ciamkałam z rozkoszą, patrząc na jej sandałki.

– Nie, nawet nie to. Ciągle czegoś szuka.

– Czego taki Rysiu może szukać. Czystych majtek? Wódki? Oni bez przerwy czegoś szukają. Oj tam. Znajdziecie, każdy w końcu znajduje – konwersowałam, czując masełko orzechowe i ciepełko w ustach.

– Oby nie w kimś innym – spuściła wzrok.

– Tak Carmen. Każdy ma swoje problemy. Straciłam pracę. Skończyłam czterdziestkę i nie mam głowy do tego, żeby rozumieć. Możesz iść – ciamkałam – Przejedź tylko szmatką posążek Buddy. Bo może to przez ten kurz przestałam być ukochanym dzieckiem Wszechświata. – moja ręka wibrowała w powietrzu, wskazując zakurzone miejsca.

– Pan Mateusz, gdyby to słyszał byłoby mu trochę przykro. Kocha panią.

Dlaczego wszyscy współczują tylko Mateuszowi? Nie widzą mojego cierpienia?  Czego ona ode mnie chce?

– Szczęście już mnie dawno opuściło. Mam czterdzieści pięć lat i żadnych perspektyw na przyszłość. Dziennikarka roku to przeszłość. Nie pojadłam. Co mamy jeszcze dobrego w lodówce? – Lubiłam patrzeć na jej zdziwienie i rozczarowanie moją osobą.

– Wszystko co pani potrzebuje, żeby obejrzeć swój program. Po co pani to robi? Trzeba się ogarnąć i iść dalej – mówiła, przecierając posążek uśmiechniętego Buddy.

– Jak mam iść dalej? Jak jakaś młoda cipka zarzyna moje medialne dzieciątko – chodziło o mój program telewizyjny, który stworzyłam, i straciłam. Codziennie go oglądałam, płakałam, popijałam, obżerałam się. Musiałam. To było silniejsze ode mnie.

– Po co pani na to patrzy?

Carmen stanęła ze szmatą naprzeciwko mnie, a jej wypomadowane na czerwono usta zwinęły w dziwny dziubek.

– Carmen, proszę cię. Przynieś lody, chipsy i kielicha. I włącz ten telewizor.

– Dobrze, ale nie zmusi mnie pani, żeby oglądać go z panią. Proszę bardzo.

Tupnęła nogą i włączyła. Nie wytrzymywałam presji. Młoda, ładna. Musiałam sobie nalać. Wcześniej tego nie robiłam, ale w tej sytuacji… Bolało.

– Szanowni państwo w dzisiejszym programie „Kawa czy kawa z cukrem”, będziemy gościć znanego terapeutę – pana Vana.

Niestety dziewczątko, które mnie zastąpiło było młodsze jakieś o jakieś dwadzieścia lat, jej ciało było jeszcze sprężyste, włosy dłuższe i kręcone, w kolorze proponowanym w reklamach przez Joannę Brodzik. W każdym razie robiła wrażenie.

– Jesteś zasrańcu – gadałam do telewizora – terapeuta Van? Skąd go wytrzasnęłaś? Amatorka!

Znałam paru terapeutów, którzy pojawiali się jak grzyby po deszczu. Tego nigdy w życiu nie widziałam. To oznaczało, że byłam do tyłu,  z nowościami i trendami.

– To trudne – mądrował się pan Van – trzeba zmienić nawyki myślowe. Zmiany muszą dokonać się w nas samych. Co we wewnątrz, to na zewnątrz.

– To prawda – dodałam swój komentarzyk – jeśli w środku wygląda ten pan tak jak na zewnątrz, to gratuluję.

– Każdą terapię zacząłbym od zadania sobie pytania: czego tak naprawdę chcesz? Jeśli znasz odpowiedź na to pytanie, wszystko się zmienia, nakierowuje się samo.

– Że tak powiem – wiedziałam, co powie. Zawsze wiedziałam.

– Że tak powiem. Nasi rodzice już od dzieciństwa wpajali nam złe nawyki myślowe. Powiedzenia typu: jesteś niedobry, dzieci i ryby głosu nie mają, wyrobiły w nas nawyk autodestrukcji.

– Zasraniec – wytknęłam język do telewizora, bo nie dawało się tego znieść.

– Szanowni państwo. Nasz gość będzie odbierał telefony jeszcze przez pół godziny. Trzej pierwsi telewidzowie, którzy się do nas dodzwonią, będą mieli szansę na rozmowę na antenie i otrzymają w prezencie kosz pełen niespodzianek.

– Wolałabym torbę z twoją dedykacją, Carmen.

– Pan Mateusz podjechał – wiedziała, że cierpię.

– Jak to, o tej porze? Zabieraj to żarełko. Daleko nie chowaj.

3 en

Tomiki poetyckie Elżbiety Walczak “Słowa jak origami” Gdzie kupić? ZAMÓW TERAZ!

 

 

Ze słowami można zrobić wszystko: zniekształcić, upiększyć, i rozdać. Można je schować, zachować, a te spisane na papierze wyrzucić. Przepraszam, że wyznaję, ale ze słowami możesz zrobić co zechcesz, podobnie jak z orgiami.

„Słowa jak orgiami”, to czwarty tomik poetycki Eli Walczak, którym znajdziecie japońskie Haiku w tłumaczeniu Czesława Miłosza.

Wykorzystano w tomiku zdjęcia orgiami wykonane przez Gonzalo Garcia Calvo z Madrytu.

Gdzie kupić?

https://www.e-bookowo.pl/nowosci/slowa-jak-origami.html

https://www.e-bookowo.pl/nowosci/slowa-jak-origami.html

http://bookto.pl/ebook/252919-slowa-jak-origami

https://www.bajalibros.com/GL/Sowa-jak-origami-Elbieta-Walczak-eBook-1283741?crossFrom=AR

Tomik również ukazał się w Buenos Aires #BajaLibros

słowa jak origami okładka