Sztuka kochania z Elką W – fragment książki “Enamorada”

 

Była niedziela. Dzień nagrania mojego reportażu. Nie mogłam spać, więc wyglądałam średnio. Mateusz nie wiedział w co się ubrać. Czy założyć krawat i stringi do tego, czy t – shert i soczewki. Pogubił się. Tak jest w każdą niedzielę, kiedy nie idzie do tej swojej firmy.

Podjechała ekipa filmowa od Almodovara. Zawodowi goście. Wzięliśmy scenariusz i do dzieła.

– Mateusz, kopnij mnie w tyłek.

– Za co?

– Nie za coś. Tylko na szczęście.

– Mocno?

– Mocno średnio. To kopniak na szczęście.

– Aha.

Oczywiście kopnął z grubej rury. Ale nie jęknęłam.

Drzwi u Kwiatkowskich otworzyła Lilka. Też wyglądała mocno średnio.

– Jest niedziela. Rodzice jeszcze śpią.

Wiedziałam, że tak będzie. Zapomnieli o nagraniu. Musiałam jej przypomnieć cel naszej porannej wizyty.

– To najlepszy moment, żeby nakręcić kilka scen – powiedziałam szeptem, żeby się nie narazić.

– No dobrze. Obudzę ich.

Biegłam przodem, nie wiedząc po co, bo cała reszta się nie spieszyła. Lilka szurając kapciami w piżamie szła po schodach, żeby obudzić moich głównych bohaterów, moje gwizdy.

– Tatku, śpicie?

– Co tam córeńko, boisz się ciemności? Połóż się z nami. Marcelinko, posuń się.

– Tatku. Zaczynamy.

– Co zaczynamy?

– Kręcić film.

Pierwszy wszedł do ich sypialni kamerzysta, potem długi na pół pokoju mikrofon. Almodovar byłby zachwycony. Zarządzałam, byłam w swoim żywiole.

– Dzień dobry kochani. Nie wstawajcie. Liliana jaki masz pomysł na scenę?

– Tato – ty leżysz. Mama poda ci na tacy śniadanie. Zdrowa żywność, rozumiesz. Banany i marchew.

– Po co marchew? – Diego nie był zachwycony.

– To truskawki i szampan – sprostowała Lilka.

– I banany. Lubię zdrową żywność. Na Kubie jest kilka odmian, nie to co tu – dodał Diego, narzucając na siebie kołdrę. Cerę miał zdrową. Owoce mu służyły.

– Tato skup się. Mama w skąpej piżamie. Włos rozwiany, jakbyście byli po. No wiesz

po czym. Mama wleje szampan i włoży ci truskawkę w usta. Mamo, pocałujesz

tatę i delikatnie otrzesz miąższ. Tato, złapiesz mamę za dłonie, przyciągniesz do siebie, powiesz: „Całe życie czekałem na ten jeden moment”. Nasz sąsiad uśmiechnął się do siebie i jakby ożywił, wyjął spod poduszki firmowy balsam, czy coś. Boże, nawet spał z tymi produktami. Wyjął reklamówkę i podał swojej córce.

– Zróbcie zbliżenie na balsam, podaj Liluś. Wyjmij. Będę mamę nacierał. Zróbmy od razu promocję. Balsam do ciała podaj, ten jest do włosów. Odstaw ten, podaj tamten.

– Świetny pomysł z tym nacieraniem. Tato, nacieraj jej dłonie. Delikatniej. No i mów do niej.

– Ale co?

– Tato, ty już wiesz co. Śmiało – dopingowała aktorów młoda pani reżyser.

– Mi amor, tak dawno nie jadłem truskawek, a bardzo lubię zdrową żywność. Pora nie jest

na truskawki. Drogie były, prawda? Kocham twoją skórę, mógłbym ją nacierać godzinami.

Lilka podała następny specyfik. Diego zagrywał się po „brazylijsku”. Superprodukcja.

– Całe życie czekałem na ten moment. Musimy się spieszyć.

– Tato, teraz usłyszysz tętent konia.

– Ciii. Słyszę tętent konia – podekscytowany szepnął Diego.

Podjechał mój Mati na koniu, który nie kochał naszego sąsiada.

– Stop! – przerwałam scenę – Pięknie! Mateusz podjechał. Scena z koniem.

artelis27

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s