Wykład o szacunku śledzącej portale po wczorajszym meczu:)

Wykład o szacunku śledzącej portale.

Po wczorajszym meczu przeglądam portale i włos mi się jeży (choć niektórzy twierdzą, żem całe życie potargana). Przyszło mi na myśl skrobnąć parę słów o szacunku (choć to strata czasu). Przeglądam i widzę, że każdy ćwok może bezkarnie wynurzać się  po to, by móc oczerniać, ośmieszać, dorysowywać wąsy na cudzych zdjęciach. Można pisać  co się chce, ile się chce. To wszystko za grosze. Wystarczy opłacać Internet.  Żadnych konsekwencji i żadnych przemyśleń.

Pojawiło się mnóstwo zdjęć, na których ośmiesza się np. Krystynę Jandę  z powodu jej wypowiedzi na temat kibiców. Usłyszałam dzisiaj fragment jej radiowego wywiadu, w którym twierdzi że czuje się tak, jakby naród na nią srał (cytuję), w ogóle ( ni chu chu) nie biorąc pod uwagę jej statusu, zasług, nagród etc. W tym samym czasie w radiu ZET leci informacja dotycząca Hanny Lis, którą przyłapano w sklepie na kupnie „flaszki i parówek”, z komentarzem, że jej nie stać na kawior.

Polacy nic się nie stało! Uważam tylko, że nic nie wiemy o erudycji. To nie jest zwykle słowo, i nie dotyczy jednej dziedziny życia. To rozległa, obszerna wiedza z wielu dziedzin.

Słowo „srać” można dzięki temu zastąpić słowem „fajdać”. Prostackie słowo „flaszka” da się zastąpić ładniejszym „flaszencja” , „gąsiorek”. Synonimem szacunku jest między innymi „czołobitność”. To, że Krychowiak przypierdolił  czołem (strzelił gola) na 1:2 , to jest powód do atencji (szacunku), ale to Cionek przejdzie do historii futbolu.

Widzę jednak na portalu Dziennik.pl, że internauta Jasnowidz przyznaje pani Krystynie rację. A więc szacunek jest.

Co zrobić, Drogi Polaku, dla którego nic się nie stało! ze słowem  „szacunek”?  Nic. Ponieważ słowa mają moc tylko wtedy, kiedy zna się ich znaczenie. Co zrobić z ćwokiem,  który opłacając Internet ma prawo do własnego zdania? Też nic.

Rzeczywistość jest nie do zniesienia, tak twierdzi Woody Allen, który mimo swoich zasług też nie ma łatwego życia.

gol

https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/

Advertisements

Elżbieta Walczak fragment powieści “Karmiczny dług” (finalistka konkursu Literacki Debiut Roku)

Karmiczny dług

Pojechaliśmy windą na dach hotelu. Basen był wielki, jak kort tenisowy. Z drugiej strony było widać lotnisko na dachu, na którym lądowały prywatne helikoptery. Dziewczyny w kostiumach podawały drinki. Doszła do nas Danilewska w kostiumie w kolorowe paski. Przed chwilą wyszła z wody, bo stały jej sutki. Ociekała wodą. Domyśliłam się, że to taki zabieg marketingowy.

– Co podać? – spytała.

– Granat – nie byłam miła, ale obraz tego, co widziałam nie napawał optymizmem.

– Hit tego domu. Podwójna porcja. – Jacek przyglądał się twarzom i oblizywał kąciki ust. Czuł niesmak. – Dla mnie piwo, dla Kasi coś mocniejszego.

– Wszystko gra? – spytała Danilewska.

– Tak – odparliśmy razem.

– I niczego nie dosypuj głupia cipo – skierowałam słowa w stronę Danilewskiej, kiedy odeszła, bo nie trawię takich lal, zwłaszcza dzisiaj. Dziewczyny, które bez zażenowania mówią, że w ramach trudności z karierą potrafią dać dupy, budzą we mnie wstręt i obrzydzenie.

Naczelna siedziała przy stoliku z Garante i z jednym ze sponsorów, przy wielkiej fontannie. Pomachała do nas. Przy naszym stoliku pojawił się czarnoskóry chłopak.

– Pani Kasia Szachrajska, prawda? – spytał.

– Tak, znamy się?

– Nie. Jestem przyjacielem Czarka Majdana. Pokazywał mi pani zdjęcia. Dlatego wiem.

– Proszę się dosiąść – zaprosił go Jacek.

– Dziękuję. Nazywam się Adam Peres. Matka Polka, ojciec Hiszpan, dlatego tak.

– Miło mi – powiedziałam bez przekonania, bo trudno było w tym miejscu wyczuć normalność.

– Dawno nie widziałem Czarka, co u niego? – spytał.

Danilewska doniosła drinki.

*

Przy stoliku naczelnej i Gerante, toczyła się rozmowa.

– Ma pan zamiar w najbliższym czasie otworzyć jeszcze jakiś dom mody? – spytała naczelna seniora.

– Nie. W najbliższym czasie otwieram fabrykę zabawek.

– Kocha pan dzieci? – Alicja zatrzymała usta na kieliszku.

– Tak. Mam wielkie serce i trzy własne samoloty. Chce pani dziś zobaczyć Madryt?

– Nie, dziękuję. Byłam w Madrycie. – Odstawiła kieliszek i uśmiechnęła się. Jedną ręką złapała za poręcz krzesła. Jej nogi zaczęły drgać. Głowę miała pełną wizji, które nakładały się na siebie. „Umarłam Kim” – usłyszała głos w głowie, który słyszała już wcześniej.

– Była pani w nocy? To niesamowity widok, zwłaszcza z dużej wysokości. Nalegam. Sprawi mi pani ogromną przyjemność. Za trzy godziny będziemy z powrotem. – Gerante patrzył w jej piękne źrenice, ale nie usłyszała co mówi. – Pani Alicjo, dobrze się pani czuje?

– Tak. Zapraszam do Polski. Na dachu mojego wieżowca też można wylądować.

– Trzymam panią za słowo. Piękna dłoń.

Podszedł do ich stolika reporter i zrobił zdjęcie, kiedy Gerante całował naczelną w policzek.

– Cały świat dowie się o nas jutro. – Alicja spuściła głowę i mieszała słomką drinka.

– Cały świat będzie nam jutro zazdrościł – uśmiechnął się senior Gerante w stronę paparazzi.

*

– Bardzo mnie ta cała sytuacja dziwi – kontynuował rozmowę Adam przy naszym stoliku. – Czarka i Agnieszki. Ale zniknęły kilka dni temu też dwie osoby. Modelka i mój przyjaciel. Byli parą. Nikt nie wie, co się stało. Być może razem uciekli. Ale to trochę niemożliwe.

– Co pan wie o Setyńskim? – spytał Jacek.

– Dobre pytanie. Co wiem? Wydaje mi się, że to niebezpieczny gościu. Czasami zachowuje się tak, jakby miał niepoukładane w główce. Ale, tak jak mówię, pracuję dla niego. Nie pytam nigdy kim są moi pracodawcy. Ale chyba powinienem zacząć. Dziwny się zrobił od czasu uprawiania buddyzmu. Twierdzi, że jak Stingowi to pomaga, to jemu też. Przegina. Można się z wami jakoś skontaktować, żeby dowiedzieć się o Czarka?

– Tak, to moja wizytówka. – Miałam ze sobą plik wizytówek. Jak zwykle zresztą.

– Zadzwonię. Bawcie się dobrze.

*

– Dosyć tych fantastyczności. Te dwa trupy to ci ludzie. – Zasłoniłam twarz rękoma i miałam ochotę na jogging, mantry i święty spokój.

Położyliśmy się z Jackiem w ciszy na łóżku.

– Jacuś nie mogę spać.

– Ja też nie zasnę.

– Pani Kasiu! Mogę? – Alicja zapukała do pokoju, pytając przez drzwi. Otworzyłam. – Jakie wrażenia z dzisiejszego dnia?

– Ciężki dzień. Zapraszam. – Jacek miał zamknięte oczy i przegryzał wargi.

– Coś się stało? – Jacek zasłonił dłonią twarz. – Ufam wam i wy też powinniście. Pytam, co się stało? Panie Jacku.

– Jest gorzej niż myślałam – powiedziałam i podałam jej aparat fotograficzny.

– No, to pięknie. – Naczelna przeglądała zdjęcia, zrobione w fabryce zabawek. – Mamy problem. Jutro rano wracamy do Polski. Ani chwili dłużej w tym miejscu. Cholera, zostawiłam telefon na górze.

– Ja pojadę. – Jacek włożył marynarkę.

– Dziękuję.

Wyszedł z pokoju. Winda, którą jechaliśmy wcześniej była nieczynna, więc pojechał prywatną. Pomylił się i wysiadł piętro niżej. Szedł holem i zobaczył otwarte drzwi. Zapukał, nikt nie odpowiadał. Wszedł do środka. Zobaczył na łóżku nieprzytomną dziewczynę. Podszedł do niej i sprawdził puls. Żyła. Przy łóżku leżała strzykawka. Usłyszał głosy na korytarzu. Schował się do szafy i włączył dyktafon w telefonie. Do pokoju wszedł Gerante z „kurczaczkiem”.

– Jeszcze raz taki numer z jakąkolwiek dziwką, to ja ciebie zabiję. Bo te wasze orgie, to już kurwa przesada – krzyczał Gerante, bijąc dziewczynę po twarzy.

– Szefie. To była zabawa. Dzisiaj wypadają urodziny tej małej, co „zginęła” w Saragossie. Były przyjaciółkami. Była smutna. Chciałem pomóc.

Jacek włączył kamerę w telefonie.

– Sprawdź czy żyje i zabierz to ścierwo z mojego hotelu. Setyński się o tym dowie. Co za ludzie.

Gerante wziął do ręki strzykawkę.

– Kurwa, nie masz umiaru! – Wrzucił ją do swojej kieszeni.

– To się więcej nie powtórzy, senior.

Gerante wyszedł, a Kurczaczek sprawdził puls, ale nie wiedział czy dziewczyna żyje.

– A leż se tutaj. Jutro wpadnę, to cię może jeszcze zdążę popieścić.

Wyszedł i zamknął drzwi. Jacek wychylił się z szafy. Dziewczyna żyła. Wziął ją na ramię, wsiadł do windy i zjechał na dół. Na korytarzu nikogo nie było. Wszedł do naszego pokoju.

– Kto to? – zapytałam, bojąc się, że to kolejny trup.

– Dajcie mi chwilę odsapnąć. Proszę pojechać po ten telefon. Muszę zająć się dziewczyną, jest naćpana. Znalazłem ją w hotelowym pokoju. Prześpi się tutaj z nami, a jutro dowiemy się, co się stało. To też jakiś dowód.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł. – Naczelna sprawdziła puls dziewczyny. – Idę po ten telefon.

Szła przez korytarz. Wsiadła do windy. Dojechała na górę. Drzwi od basenu były zamknięte. Zobaczyła dzwonek. Otworzył ochroniarz.

– O nasza maskotka. – Spojrzał zza uchylonych drzwi.

– Już raczej maskota – skomentowała.

Alicja zobaczyła nagie modelki, pochylone nad Setyńskim i ochroniarzy odbywających z nimi stosunek. Ochroniarz zauważył jej wzrok.

– Odpoczywamy po ciężkim dniu. Pan Setyński jest zajęty.

– Ja do pana Gerante.

– Chce pani wejść?

– Nie. Przyszłam po swój telefon. Nieopatrznie…

– Oj, tam. Tak się tylko mówi. Niech pani wejdzie. Zapodamy drinka i jakoś się postaramy rozluźnić. A pani to chyba dziennikarka. – Przymknął ochroniarz drzwi. – Kurwa mać. – Przestraszył się tego, co powiedział. Zobaczył wzrok naczelnej. – Fuck! Momentito. Zadzwonię do seniora.

Przed drzwi wyszedł Gerante.

– Moja królowa. Zostawiła pani telefon. Miałem osobiście dostarczyć. Szkoda, że była pani pierwsza.

– Nic nie szkodzi. Bardzo jest pan miły. Muszę już uciekać. Jest późno. Jestem zmęczona. Dobranoc.

– Pojawię się niedługo w Polsce. Zgadza się pani?

– Tak, zapraszam.

– Będę tęsknił. Bardzo. – Gerante przytulił się i pocałował w szyję naczelną. – Będę dzisiaj myślami wyłącznie z tobą – powiedział jej do ucha. Poczuła jego penisa na swoich udach. – Ale nie bądź zazdrosna, bo twoją cipkę zastąpię inną. Tak już mam. Moja energia…

– Dobranoc. – Wyjęła z jego ręki swój telefon.

*

– Myślenie podświadome, wypełnij moją misję. Uzewnętrznij moje wizje – mówiła do siebie, zjeżdżając windą.

– Co to za dziewczyna? – spytała, wchodząc do pokoju.

Jacek odtworzył nagranie z szafy. Siedzieliśmy w trójkę na sofie i słyszałam tylko nasze ciężkie oddechy.

– Jest po prostu naćpana. Rano może coś powie. – Jacek zgasił telefon i położył go na stole.

– Śpimy wszyscy razem w jednym pokoju. Nigdzie się stąd nie ruszam. Rano do domu – wyszeptała Alicja.

Położyliśmy się we trójkę na wielkim łóżku. Dziewczyna leżała na sofie. Było słychać głosy na korytarzu. Ktoś zapukał do drzwi. Nie otworzyliśmy. Wyszłam na balkon i zapaliłam papierosa. Na dole było mnóstwo pijanych osób. Mój błękitnooki naczelny objął mnie.

– Chłopaki jadą do domu, tulić żony do snu. Przerażające. Chodź spać.

– Nie. Zostanę tu.

– To mam powód, żeby się nareszcie przespać z naczelną.

– Zostań. – Pocałowałam go w soczewkę. – Wiesz, że nie czytałam twojej książki. – Oparłam się o barierę balkonu.

– Wiem. Gdybyś, to zrobiła, pokochałabyś mnie szybciej. Jak moje czytelniczki.

– Ale one nie widziały twojej kretyńskiej bródki.

– Widziały, na okładce. I akceptują mnie takiego, jakim jestem.

– Szczęściarz. Dobra jest? Książka. – Odwróciłam się w jego stronę i dotknęłam jego krocza.

– Tak. Starałem się nie kłamać. – Zrobił to samo. Dotknął swojego krocza i masował moją ręką.

Nie czytałam jego książki, chociaż wiedziałam, że pierwszy nakład rozszedł się, jak świeże bułeczki. Jest mądry, delikatny. Chwilo trwaj! Opuściłam rękę.

– Jacek… Gdybyś wiedział, że wydarzy się coś złego w twoim życiu, bałbyś się?

– Jasne. Jak każdy.

Na balkonie pojawiła się Alicja. Część artystyczna na dole hotelu trwała, pijani biznesmeni tańczyli flamenco, za chwilę miał się rozpocząć pokaz sztucznych ogni.

– Pani Kasiu. Czego się pani boi? – spytała.

– Boję się, że moje życie się zmieni. A ja nie lubię zmian – powiedziałam prawdę, każda myśl o zmianie budziła we mnie strach i niepewność.

– Kiedy pojechałam do Tybetu, myślałam, że spędzę tam dwa najpiękniejsze miesiące. To miały być wakacje mojego życia. Stało się odwrotnie. Tak myślałam wtedy. Miałam wypadek z moim synem. Uciekaliśmy przed wyznawcami sekty, do której wstąpił. Na początku tylko z ciekawości. Potem było coraz gorzej. Strzelali do nas. Samochód się zapalił. Mój syn miał poparzoną lewą stronę ciała. Twarz, ręce, nogi. Doktor Szawi, do którego pojechał Czarek, odtworzył mu każdy najmniejszy drobiazg. Ale coś, za coś. Mój syn został w Tybecie. Jest dzisiaj buddyjskim mnichem. Koszmar dla mnie. Dla niego spełnienie wszystkich pragnień. „Uporządkować, znaczy zrozumieć” – tak mi dzisiaj mówi, kiedy dzwonię do niego i płaczę. Uporządkowałam swoje życie i zrozumiałam, że to jest jego życie, nie moje.

– Da się z tym funkcjonować? – zapytałam i nie bardzo rozumiałam, o czym do mnie mówi. Sekta?

– Nie. Nie bardzo. Tybet, dobre miejsce, żeby zapomnieć. Ale to tylko zmiana miejsca, a nie tego co w nas, w środku.

Dziewczyna zaczęła majaczyć. Jacek podał jej wodę. Wymiotowała. Zaniósł ją do łazienki.

– Gdzie ja jestem?

– W bezpiecznym miejscu. Lepiej się czujesz? – Jacek ocierał jej twarz z wymiocin.

– Tak. – Dziewczyna spojrzała na mnie. – Znam panią. Aktorka?

– Nie. Dziennikarka.

– W „Zakochaj się w Gwiazdach”?

– Tak, w „Zakochaj się w gwiazdach”.

– Agnieszka pokazywała mi pani zdjęcie. Mówiła, że pani mnie może wypromować.

– Już nie.

– Wiem, źle dzisiaj wyglądam. Ale wczoraj był dwudziesty piąty i Agnieszka skończyłaby dwadzieścia pięć lat.

– Tak, wiem. El dia de mi cumpleańos.

– Ten facet, co wczoraj przyniósł narkotyk, powiedział, że skończę jak ona.

– Jaki facet? – zapytał Jacek.

– Ochroniarz Setyńskiego. Powiedział, że skończę jak ona, Czarek i Monika.

Monika zniknęła ze swoim chłopakiem. Boję się. Zabierzcie mnie stąd.

– Musisz pojechać do szpitala. – Jacek przecierał jej spoconą twarz. – Nie możesz jechać teraz z nami, bo wracamy do Polski. Zawiadomimy Adama. Znacie się?

– Ten murzyn?

– Tak.

– To przyjaciel.

– Zabieramy cię stąd. – Jacek pomógł jej się podnieść. – Jesteś w stanie iść sama?

– Tak. Dam radę. Przepraszam. Narobiłam kłopotów.

– Pakujcie się dziewczyny. Ja wzywam taksówkę i zawożę ją do szpitala. Za godzinę będę z powrotem. Jak masz na imię dziewczyno?

– Jola.

Elżbieta Walczak fragment powieści, która powstaje “Bogactwo, Sukces, Miłość”

– Chcę być szczęśliwa, mamo.

Patrzyła w okno i jak zwykle w takich momentach nie odpowiadała. Wstała i poszła do kuchni. Słyszałam jak wstawia wodę.

– Chcesz herbaty? – zapytała.

– Nie dziękuję.

Wróciła do pokoju z tacą, na której stały dwie porcelanowe filiżanki, które dostała od ojca na pierwszą rocznicę ślubu, i ciastka, które piekła w nocy. Robiła to zawsze, kiedy nie mogła spać. Nie wyglądała na pięćdziesiąt lat. Czas płynie tak szybko jakby nie miał litości, a ona po prostu się nie starzała. Może to była rekompensata za straty, jakich w życiu doznała.

– Coś takiego jak szczęście nie istnieje – powiedziała w kierunku okna, jakby bała się, że właśnie w tej chwili napotka mój wzrok. – Zapamiętaj to sobie – pomieszała herbatę i uderzyła łyżeczką w filiżankę. – Nie istnieje również bogactwo. Takie prawdziwe. Nie wiem, co mam na myśli. Chyba bogactwo uczuć albo takie wewnętrzne. Tak się to chyba teraz określa. Coś, co płynie z głębi serca. Pewnie jesteś ciekawa, co sądzę o miłości?

– Nie jestem ciekawa, mamo.

– To, że rozstałam się z ojcem chyba wszystko wyjaśnia. Czyli absolutny jej brak. Chcesz być szczęśliwa – powtórzyła moje słowa, które w jej ustach brzmiały jak okrutny żart.- Nie wiesz nawet co to znaczy. Gdybym cię teraz zapytała, potrafiłabyś zdefiniować swoje szczęście?

– W przeciwieństwie do ciebie, tak, potrafię. Ale ta definicja jest moją mantrą, której ci nigdy nie wyjawię.

– Mantrą? Słyszałam to słowo. To coś w rodzaju zaklęcia, które przyciągnie dobro do twojego życia. Mam rację? – Ugryzła kęs czekoladowego ciasta. – Jest mi dobrze, bo jem dobre ciasto. Proszę cię, o Panie, o więcej. Chyba słyszysz jak brzmi taka mantra. Okropnie.

– To ty jesteś okropna. Nie chce mi się z tobą rozmawiać. Niczego nie rozumiesz. Nigdy nie rozumiałaś.

– A niby czego nie rozumiem? – wstała i zapaliła lampkę, która stała na nocnej szafce.- Nie bocz się. Wytłumacz mi.

– Nie rozumiesz, że to, że jesteś moją matką nie upoważnia cię do tego, żeby mnie obarczać swoją karmą.

– Coraz lepiej. Karmą?

– Widziałaś kiedyś swoje zdjęcia, zanim wyszłaś za ojca? Nie patrz tak. Byłaś piękna, pełna życia, wigoru – wstała i podała jej album ze zdjęciami, który wyciągnęła spod łóżka. – Widziałaś, prawda? Wracasz do tego co noc. Choć nigdy się przede mną nie przyznasz, że jedyne co wtedy czułaś, to szczęście. To jest twoja mantra, tamto szczęście.

– Cały czas nie wiem  o czym mówisz. – Patrzyła znowu w okno, ale już jakoś inaczej. Drżały jej usta i powieki, a oczy szkliły się. Ręka sięgnęła po łyżeczkę, ale cofnęła ją i położyła na kolanach.

– Nie jestem tobą, mamo. Chcę być szczęśliwa. Dlatego postanowiłam, że się wyprowadzę. Nie zrozum mnie źle. Mam dosyć twojego ciągłego narzekania i tego, że nie potrafisz zrobić ze swoim życiem niczego sensownego. Żyjesz, jakby istniał tylko jeden facet na ziemi. A ten facet cię skrzywdził, mamo. Dlaczego ludzie nie rozumieją, że takie traumy należy zostawiać za sobą i nigdy do tego nie wracać? Obarczyłaś siebie i mnie swoim smutkiem. Z pewnością cię zranię, ale jestem tobą zmęczona.

– Ni zranisz mnie. Nic nie jest w stanie mnie już zranić.

– Tak myślałam. Idę się położyć. Dobranoc.

20180601_142025-animation

Zapraszam na swoją  stronę

https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/?ref=aymt_homepage_panel

Wykład o emocjach leżącej na kozetce

emocje

Wykład o emocjach leżącej na kozetce.

Wszystko wygląda pięknie kiedy się leży. Czytam biografię Stephena Kinga. Nie jest tajemnicą, że King w początkowej fazie kariery był alkoholikiem i, że bez używek nie było szans na napisanie czegoś sensownego (sam o tym mówi). Film „Lśnienie”, który mnie zawsze zachwycał, Was pewnie też, to nic innego jak opis jego emocji, które towarzyszyły mu w trakcie alkoholowych wizji,  które podkręcał marychą  pisząc tę powieść. Podobnie ma się rzecz z Misery.  Główna bohaterka, to jego wkurwiona, nawalona  podświadomość, która zmusza go do napisania powieści. Właśnie tak to sobie wyobrażał.

Odłożyłam biografię i  patrzę w sufit. Jako zwykły człowiek, kobieta, maltretująca się całymi latami wizjami o prawdziwej miłości (tak sobie myślę na tej kozetce) stwierdzam, że to co nas kształtuje, czyli te niby emocje, to chyba nie jest do końca zdrowe zjawisko. Sama Was w sumie okłamuję, karmiąc Was codzienne rano wizjami o miłości lub jej braku, które przemawiają przeze mnie z jakiegoś powodu . A co z tego jest prawdą? No kurde, nic! Przecież bym nie leżała teraz na kozetce. Gdybym siedziała teraz Drogi Czytelniku z Tobą w jakiejś kawiarni, popijalibyśmy kawkę ( za którą Ty byś zapłacił!) snułabym na kofeinowym haju opowieści  o tym czym jest miłość. Jak leżę, to mówię do siebie „Miłość – to rzeczownik”. Jakbym mówiła do Ciebie, to z pełną premedytacją powiedziałabym „Sens życia i rzeczownik”. Głównie po to, żebyś był usatysfakcjonowany i żeby Ci nie było żal tej dychy za kawę. A  ponieważ każde kłamstwo  rodzi kolejne kłamstwo, dopowiedziałbym ci Drogi Czytelniku, że znam się na tym, bo miałam stu facetów (chociaż teraz leżę na kozetce sama). Otworzyłbyś z pewnością ust korale z zachwytu i niedowierzania, i wydałbyś kolejną dychę na moje widzimisię, czyli Pepsi i ciacho z bitą śmietanką.  O emocjach można mówić długo. To żyła złota! Napiłabym się dobrej kawy. Pora obiadowa. Zjadłabym coś dobrego (dobre nie oznacza drogie). Co Ty na to Drogi Czytelniku?

Zapraszam na swoją stronę https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/

Pozdrawiam:)

Wykład o chaosie i przesiadywaniu na balkonie

wykład

https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/?ref=bookmarks

Wykład o chaosie i przesiadywaniu na balkonie.

Z pewnością każdy z Was ma takie dni, w których musicie na chwilę się zatrzymać, bo tworzy się czasami w głowie chaos od nadmiaru wszystkiego (wszystkiego najlepszego!) , który spowalnia Wasze życie, działania, chcenie, wszystko.

Leżę dzisiaj albo siedzę na balkonie i smażę swoje ciało, by móc w przybliżeniu (chociaż) wyglądać jak mulatka, która wzbudza pożądanie wśród starszych panów w osiedlowym supermarkecie.  Ale coś jest  nie tak. Od jakiegoś czasu wszystko mnie swędzi, każda myśl sprawia jakiś ból, czy coś. W zasadzie nie potrafię tego nazwać, chociaż próbuję. Siedzę na tym balkonie. Po bokach sceny, festyny, dzieci (bo przecież było ich święto), wyglądam przez balustradę. Klatkę obok zatrzymuje się limuzyna od Skrzydlewskiej, z której wychodzą odświętnie ubrani mężczyźni po kogoś, kto już niczego więcej nie zobaczy. Z tej samej klatki wychodzi pani w biznesowej garsonce, wsiada do swojego samochodu, krzycząc  wniebogłosy „Kurwa, do chuja, jak gorąco!”.  Wzięłam głęboki oddech, telefon, westchnęłam i  usiadłam z powrotem.  Przeglądam FB. Trafiam na wykład Beaty Pawlikowskiej „Jak kochać swoje wewnętrzne dziecko”. Wysłuchałam całego. Nie wierzę w wewnętrzne dzieci, ani w krasnoludki, które przemawiają w naszych głowach (poruszam ten wątek w swojej powieści „Zakochana brzmi jak enamorada”), ale wierzę w duszę, bo ją mam. Beata Pawlikowska ma rację. Bez miłości do siebie i szacunku  nie ma szans na powodzenie w życiu i poczuciu bezpieczeństwa.  Moja dusza jednak całymi latami robi mnie w konia. Dlatego siedzę dzisiaj na tym balkonie i wsłuchuję się w swoje myśli.  Mam świadomość, że moja dusza (powiedzmy wewnętrzne dziecko, które jest krnąbrne, złośliwe jak małpa) nie pomaga mi. Podsuwa wizje, pomysły, a potem zostawia samą , jakby mówiła „A teraz się dziewczynko baruj. Znajdź rozwiązanie sama”.  Tak mi potrafi namieszać w głowie, że należy wtedy przysiąść  (chociaż na parę godzin). Na czym polega ten chaos? Na przykład ; Czytam Murakamiego, który twierdzi, że żeby napisać dobrą powieść wcale nie trzeba doświadczać, ani podróżować. Albo masz talent albo nie. Co robi wtedy moja dusza? Z lenistwa przytakuje. Mówi „Tak, zobacz nie trzeba ruszać dupy, żeby coś stworzyć”. Chociaż dokładnie ta sama dusza wie, że nic by nie powstało z moich  powieści, gdyby nie to, co przeżywam w realu.  CHAOS! Bo nie wiesz, czy się ruszać, czy lepiej nie – TANIEJ!  Kolejna sprawa, która wypłynęła z mojej duszy. Mam potrzebę ( to nie jest marzenie) nagrania swojej płyty w klimacie chillaut. Żaden polski producent, z którymi rozmawiałam, nie przykumał o co mi chodzi. Więc odłożyłam temat. Moja dusza zapomniała. Do wczoraj, kiedy usłyszałam nowy utwór Jesse Cooka, który nagrał właśnie w Chinach.  Absolutna rewelacja i chillaut, który słychać na scenie.  Co zrobiła moja dusza ? Krzyknęła wniebogłosy „Zobacz , kuźwa da się. Trzeba mieć tylko poukładane w głowie” . CHAOS! Bo co to znaczy, że ja nie mam poukładane w głowie? Moja dusza zamilkła, żeby dać mi czas na przykumanie, co ma na myśli. Siedzę na tym balkonie i mam wizję; Moje wewnętrzne dziecko unosi do góry rączki i krzyczy „HURA! Mamusia znalazła rozwiązanie. Przykumała!”. CHAOS! Istnieje w końcu to wewnętrzne dziecko, czy nie?

Limuzyna od Skrzydlewskiej odjechała. Jakaś mała dziewczynka śpiewa na scenie (niesamowicie przy tym fałszując) pieśń ; Gdy mi ciebie zabraknie, ziemia rozstąpi się… Tak sobie myślę, że chyba w końcu podniosę dupsko, zanim powstanie w mojej głowie kolejny, niezrozumiały chaos myślowy. Miłego dnia:)

Sezon polowania na harcerki uważam za otwarty! Elżbieta Walczak opowiadanie “Oszołom”

Zapukał dwa razy, nie otworzyła. Umówili się, że w takiej sytuacji rzuci małym kamyczkiem w okno od południowej strony. Troszkę się dzisiaj zakręcił po wczorajszym wieczorze. Wiedział, że wziął niezbędnik, w którym trzymał kamyczki, prezerwatywy, szczeniaczka żytniej i sznur. Ale nie wiedział, co zrobił z kompasem.

– Jak to było, kurwa? – od dziecka należał do Hufca „Zorientowani na żyćko”, więc szybko przywołał wspomnienia.

– Orientacja w terenie bez sprzętu. Wstałem o szóstej, to słońce było na wschodzie. O dziewiątej na południowym – wschodzie, to o dwunastej jest na…? – Pokręcił się w kółko, szukając położenia swojego cienia, ale zorientował się, że nie ma słońca. – Metoda na mech – otworzył szeroko oko w poszukiwaniu rozumu. – Jak to było?

Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzew. Objął konar i poczuł dreszcz na plecach i w kroczu. Przypomniał sobie, że mech musi rosnąć po mokrej stronie. Słowo „mokre” kojarzyło mu się z jednym, z Zosią. Jego podniecenie uświadomiło mu, że zna inną metodę, w tej sytuacji łatwiejszą do ogarnięcia. – Metoda na kij. Ale jak? – Czytał w myślach poradnik harcerski ze strony 34. Kiedy był wyspany pamiętał wszystko. Dziś zgadywał. – Weź kij o długości metr. – Wyjął z niezbędnika miarkę. Brakowało osiemdziesiąt centymetrów, ale zaryzykował. – Przywieś kamień do kijka, – sznur w niezbędniku miał zawsze – zaznacz cień kamienia przy pomocy jakiegoś obiektu A. Po sześciu godzinach cień powędruje na inne miejsce. Zaznacz je obiektem B. – Nie mam tyle czasu, to gra o życie. Nie utrzymam kamienia na tym kiju. – Nie wiedział, która godzina bo nie miał komórki. Nie mógł przywiązywać wagi do gadżetów trendy, które mogłyby wystawić jago reputację na pośmiewisko.

– Dlaczego tutaj tak mokro? – Usłyszał głos ukochanej, ale nie potrafił zlokalizować okna. Słuch miał dobry ale okulary, które dostał od matki w prezencie za zdobycie trzynastej sprawności, uwierały go za uszami. Nigdy się nie zorientował, że z nich wyrósł. Podobnie jak z krótkich spodenek, które za bardzo uciskały w kroczu. – Mokro? Powtórz, bo cię nie znajdę. Coś mnie uciska w kij, w różdżkę i w mózg.

– Raz, dwa, trzy. Baba Jaga patrzy! – usłyszał wrzask ukochanej. Przybliżył nos do szyby i chyba zobaczył trójkę harcerzy, trzykrotnie przełożonych przez jego piękną Zosię.

– Znaleźli ją pierwsi – płakał łzami, których nie rozumiał. Zazdrościł im tylko jednego – długości patyków i dotykania mchu po mokrej stronie. Wiedział, że to tylko gra terenowa, ale i tak zazdrościł. Nie mógł zdradzić swojej pozycji, bo był już zastępcą komendanta szczepu „Zorientowani na żyćko”. Ta gra była walką o brązowy skórzany sznur komendanta. Nie mógł zawieść matki 🙂

artelis63

Tak się kończy nowa powieść cyklu Enamorada Elżbiety Walczak (Enamorada, truskawki i szampan), która właśnie pojechała na konkurs Literacki Debiut Roku:)

5. W zasadzie mogłoby jeszcze trwać, gdyby nie to, że…

Odwiedziliśmy Jerez po dwóch latach. Tak samo rozciągały się ulice i domy. Ludzie odwiedzali kościoły w niedzielę, tak samo odświętnie ubrani. Pewnie niewielu już pamięta tamte zdarzenia. Miałam wrażenie, że to wszystko wymyśliłam. Słońce stęskniło się za mną. Mijaliśmy z Miguelem strach i urywki wspomnień. Patrzyliśmy na martwe już mandarynkowe pola, jakby wszystko rozgrywało się gdzieś indziej. Poszliśmy w kierunku cmentarza, żeby odwiedzić grób Nieve. Kwiaty w gablocie wyglądały jak cienie. Nikogo tu z pewnością nie było przez ten czas. Wiatr unosił pyłki kurzu w powietrzu. Dostrzegałam w tym wietrze coś nienaturalnego. Unosił liście i wszystko, co leżało na ziemi w kierunku domu na skale. Dawał znak, że coś kiedyś istniało. Przywołał wspomnienia i twarze. Nie mogłam zapomnieć ludzi ze zdjęć. Miałam jakieś dziwne przeczucie. Zaczęłam drżeć w środku, mimo upału poczułam w sobie lodowaty chłód. Ktoś nieopodal siedział na ławce i czytał książkę. Szeptał albo mówił półgłosem, bo słyszałam ten głos. Słowa unosiły się w powietrzu razem wiatrem w kierunku domu na skale. Poczułam nieodpartą chęć zbliżenia się do tej postaci. Twarz miała zasłoniętą książką. Męski strój wskazywał na mężczyznę. Ale wiatr unosił do góry włosy, które nie były ani krótkie, ani długie. Nie byłam pewna, tylko zdezorientowana. Bił od tej osoby chłód, który zabierał moje ciepło, dekoncentrował mnie i męczył. Chciałam podejść, ale stałam. Bałam się, że jak podejdę to stanie się coś, co mnie zmieni na zawsze, że zamienię się w przeszłość i zamarznę. Ten ktoś pochodził z przeszłości jak sny, których nie rozumiałam. Wiatr wiał, a on (albo ona) ciągle czytał i nie podnosił wzroku. Głos niósł się coraz wyżej i dalej; Nazwałaś mnie swoim imieniem, ale nie jestem tobą. Poszukujesz w sobie tego, co jest we mnie. Szukasz w ciszy, w niepokoju. Jestem tutaj, nawet obok. Nie patrzę, a wiem. Gdy podejdę pierwszy (a może pierwsza), nie będziesz już sobą. Wiem, że wiesz, że jestem obok.
Brzmiał jak głos Boga (albo jak mój własny głos), którego nie byłam stanie usłyszeć wyraźnie.

okładki cykl2

Zapraszam na swoją stronę

https://web.facebook.com/elzbietawalczakenamorada/

styl

Mam nadzieję, że spodoba się Wam cały cykl Enamorada:)

  1. okladka Enamorada jpg

 

2. Zakochana brzmi jak enamorada